poniedziałek, 22 maja 2017

Wszyscy jesteśmy barbarzyńcami


Choć "Czas Barbarzyńców" oficjalnie określa się gatunkiem political fiction, czułam podświadomie, że za tą fikcją literacką będzie kryć się cząstka autentycznych wydarzeń z naszego rodzimego podwórka. Bo jeżeli Teatr Współczesny nagle porzuca swój subtelny styl, niewymuszony wdzięk i lekkość, którą dotąd wyczuwało się w niemal każdej ze sztuk granych na tej scenie, jeżeli po wielu tak udanych i cieszących się sukcesem komediach, traktujących raczej o społeczeństwie i zawiłościach relacji międzyludzkich, wyciąga nagle ciężkie, polityczne działa, to jest to bardzo wyraźny sygnał, że żarty się skończyły.

Mam pewne zasady, których zawsze się trzymam, recenzując spektakle teatralne. Na przykład, nigdy nie piszę recenzji dzień, albo dwa dni po obejrzeniu sztuki. Wynika to z prostego faktu, że sposób percepcji dzieła zmienia się wraz z biegiem czasu. Lubię sobie przemyśleć spektakl, który obejrzałam, zastanowić się dobrze nad jego przesłaniem i dopiero wtedy, gdy emocje opadną, biorę się za pisanie. No i jeszcze jedno - nigdy nie czytam recenzji sztuki, o której właśnie mam pisać. A dokładniej rzecz ujmując, nie robiłam tego aż do wczorajszego wieczora, gdy - trochę z premedytacją, a trochę mimowolnie - złamałam swoje postanowienie. Od paru dni usiłowałam zmierzyć się z dziełem Dona Taylora, jednak zebranie myśli w plastyczny opis sprawiało mi niemałe problemy. Może bałam się zetknięcia z polityką, która nigdy nie była dla mnie wdzięcznym tematem rozważań, choć próbowałam oswoić ją wielokrotnie...

Szukałam impulsu, który pomógłby mi zacząć. Na swoje nieszczęście, los zesłał mi go pod postacią recenzji dziennikarki pewnego prawicowego tygodnika. Doprawdy, nie wiem, dlaczego ją przeczytałam. Zwykle wystrzegam się opinii innych krytyków jak ognia, obawiając się, że mogłyby zaburzyć moje prywatne odczucia i skłonić mnie do pisania nie do końca zgodnie z tym, co sama myślę. Tym razem jednak wyraźnie potrzebowałam punktu odniesienia - czyjegoś zdania, które albo potwierdziłoby moje osobiste wnioski, albo stałoby się dla mnie pretekstem do ostrej polemiki. Padło na to drugie. Właściwie, po głębszym zastanowieniu muszę przyznać, że ten ostry, kategoryczny i - proszę wybaczyć moją zgryźliwość - niezbyt merytoryczny tekst, bardzo mi pomógł. Utwierdził mnie jasno w przekonaniu, że sztuka Taylora, początkowo odrobinę nieczytelna, nagle w moich oczach zyskała głębszy sens. Na przekór oburzonej pani orędowniczce obecnego ładu, postanowiłam wycisnąć z tego spektaklu wszystko, co mnie poruszyło. Pokazać jego przesłanie. Podzielić się z Wami, tym co w nim najważniejsze. Bo choć sztuka Tumidajskiego nie jest pozbawiona wad, to jednak prosta retoryka, przejaskrawiona rzeczywistość i momentami przesadny dramatyzm są w moim odczuciu uzasadnionymi środkami wyrazu, które zrozumie każdy odbiorca cechujący się choć odrobiną wrażliwości...

Don Taylor był niezwykłą postacią na tle teatralnego świata. Jego wyjątkowość polegała na tym, że pasję do teatru z powodzeniem realizował najpierw w telewizji, a następnie w radio. Podczas swojej wieloletniej współpracy z BBC wyreżyserował niemal sto spektakli telewizyjnych. Wśród jego licznych realizacji znajdowały się dzieła Sofoklesa, Szekspira, Artura Millera, Bułhakowa... Przez jakiś czas związany był z Compass Theatre, jednak wkrótce potem, wraz z Ellen Dryden założył First Writes Radio, zespół dramatyczny, który realizował sztuki dla brytyjskiej stacji radiowej BBC. Taylor przez cały okres swojej reżyserskiej kariery napisał też wiele sztuk scenicznych, wśród nich właśnie "Czas Barbarzyńców" i "Egzorcyzm" - dramat, który w 1976 roku wyreżyserował dla krakowskiego Teatru Bagatela. Zmarł w 2003 roku, pozostawiając po sobie imponujący dorobek artystyczny. Czy spodziewał się kiedykolwiek, że jedna z jego sztuk tak bardzo namiesza w świadomości polskich widzów?



Akcja spektaklu "Czas Barbarzyńców" rozgrywa się w Rzymie, mieście uznawanym przecież za kolebkę kultury europejskiej. Współczesny Rzym i jego mieszkańcy, do niedawna jeszcze żyjący w poczuciu niczym nieskrępowanej wolności, nagle stają przed ogromnym zagrożeniem - ich pełne swobód miasto ma być bowiem oddane we władanie obcych, których nazywają barbarzyńcami. Groźby i obawy Rzymian wkrótce zmieniają się w złowrogą rzeczywistość. Barbarzyńcy stopniowo opanowują rzymską metropolię, przejmują kontrolę nad urzędami, instytucjami kultury, nad życiem społeczeństwa. Bieg tych dramatycznych wydarzeń śledzi trójka bohaterów - dziennikarka Julia (Katarzyna Dąbrowska), jej partner - Marcus (Michał Mikołajczak) i kapitan Antony (Andrzej Zieliński). Julia początkowo jawi nam się jako zaangażowana w walkę z intruzami aktywistka, gotowa na wiele poświęceń, by bronić swego miasta. Marcus to młody spadkobierca, który dzięki pokaźnym zasobom finansowym nie musi obawiać się o swoją przyszłość, dlatego też z dystansem ogląda zmieniającą się sytuację w rządzie. Kapitan Antony, pracownik tajnych służb specjalnych, to najbardziej enigmatyczna i zaskakująca postać w sztuce Taylora. Początkowo przedstawiany, jako główny podejrzany, szpieg i zdrajca, finalnie jako jedyny ze wszystkich bohaterów okazuje się być wierny swoim wartościom. 

Nie wiemy dokładnie, kim są owi barbarzyńcy, ale wiemy, że dążą do unicestwienia demokracji, powrotu niewolnictwa i całkowitego uzależnienia jednostki od władzy. W rozmowach, jakie bohaterowie toczą na temat intruzów, pojawiają się zaskakująco znajome informacje o zatwierdzaniu ustaw nocą, obejmowaniu ważnych stanowisk przez osoby szokująco niekompetentne, wprowadzaniu ograniczeń i rygoru do codziennego życia, a wreszcie - absolutnej kontroli nad społeczeństwem. Każda taka wzmianka o kolejnych poczynaniach barbarzyńskiego rządu wywoływała na widowni salwy śmiechu. Do publiczności szybko dotarło, że abstrakcyjna historia inwazji barbarzyńców jest w dużej mierze satyrą na nasz obecny rząd. 


Sztuka Dona Taylora pokazuje, jak łatwo człowiek staje się konformistą, jak szybko łamie się, ulega, zmienia poglądy, gdy wymaga tego otoczenie. Widzowie mogą obserwować zaskakująco szybkie metamorfozy poszczególnych bohaterów - ci, którzy jeszcze niedawno wygłaszali wzniosłe, heroiczne mowy o wolności i patriotyzmie, chwilę potem kulą się w sobie, uciekają z pola bitwy, albo przyłączają się o wrogiego obozu barbarzyńskich oligarchów. Spośród licznej galerii takich postaci najbardziej razi mnie i odpycha postawa Adriana, dyrektora teatru (w tej roli Sławomir Orzechowski). Człowiek sławiący początkowo artyzm w czystej postaci, ubolewający nad brakiem dotacji na działalność sceny teatralnej, nad którą sprawuje pieczę, szybko okazuje się być łatwym pionkiem w rękach obcych. Duże sumy pieniędzy, jakie nowy, niechciany rząd przeznacza na teatr, stają się dla Adriana pretekstem do całkowitej zmiany poglądów politycznych. 

Sprzedajny dyrektor teatru nie jest jednak wyjątkiem. Wymiękają studenci - początkowo najbardziej zapaleni do walki z wrogiem. Znikają politycy, którzy chwilę wcześniej deklarowali udział w obaleniu niechcianego rządu. Wreszcie, łamią się też główni bohaterowie. Ich bojowy nastrój zmienia się w postawę bierną, a niemoc rodzi przekonanie, że wszystko przecież można zaakceptować, do wszystkiego można się przyzwyczaić. Poza tym, barbarzyńcy nie wtargnęli do wiecznego miasta z agresją i przemocą - nic bardziej mylnego. Prymitywnego, odpychającego wroga, który teraz zasiada na najwyższych stanowiskach i sprawuje władzę, wybrali sobie obywatele na drodze demokratycznych wyborów. Na usta ciśnie się proste, ale jakże celne stwierdzenie - wszak widziały gały, co brały....

Liczne metafory i aluzje wychodzą daleko poza ramy sztuki, poruszając nasze sumienia i skłaniając do zastanowienia nad obecną rzeczywistością. Bo mimo komicznych momentów i prześmiewczych scen, które można było jasno odnieść do obecnego rządu, diagnoza, jaką stawia nam reżyser, nie jest ani trochę zabawna. Czy nie cierpimy przypadkiem na chroniczny konformizm? Czy nie za szybko przystaliśmy na obecny porządek rzeczy? Czy zdawkowe narzekanie na działania władzy nie są jedynie próbą rozgrzeszenia się z fatalnego błędu, jaki popełniliśmy? Czy pamiętamy jeszcze o wartościach, które niegdyś były dla nas ważne? Wciąż walczymy o wolność, czy zupełnie wtopiliśmy się w tłum zobojętniałej masy ludzkiej? Don Taylor ustami kapitana Antony'ego stawia tezę: Barbarzyńcy byli wśród nas zawsze. Wszyscy nimi jesteśmy. 



Będę szczera - sztuka w reżyserii Jarosława Tumidajskiego nie może równać się wielkimi tytułami Współczesnego, które dosłownie powalają widzów na kolana. Ale myślę, że nie to było założeniem twórcy. Z miłym zaskoczeniem obserwuję jak Teatr Współczesny powoli staje się sceną zaangażowaną. "Czas Barbarzyńców" powinno się zatem postrzegać jako niezwykle trafny komentarz do bieżących wydarzeń - na tym polu Tumidajski wygrał bez dwóch zdań. Jednakże, słysząc o sukcesie "Bucharest Calling", poprzedniej sztuce tego reżysera, zrealizowanej na deskach Współczesnego, liczyłam na więcej. 

Nie mam zastrzeżeń do obsady - Katarzyna Dąbrowska, Andrzej Zieliński i Sławomir Orzechowski pokazali świetną formę. Michał Mikołajczak, którego rola w "Hamlecie" szczerze mnie zachwyciła, w roli Marcusa potwierdził bardzo obiecujący talent. Dalszy plan także nie zawiódł - Monika Pikuła w roli członkini barbarzyńskiej bandy, a także Rafał Zawierucha jako jej przywódca wypadli znakomicie. Zwieńczeniem sztuki są piękne, monochromatyczne kostiumy, a także oszczędna i ultranowoczesna scenografia.

Mimo moich dużych oczekiwań, spektakl mnie nie rozczarował. Współczesny pokazał na scenie coś nowego, a tym samym udowodnił, że teatr jest świetnym nośnikiem myśli, miejscem, gdzie sztuka spotyka się z polityką i skłania do kulturalnej dyskusji. Dyskusji - nie kłótni, o czym niektórzy wyraźnie zapominają...





Zdjęcia, materiały - Teatr Współczesny w Warszawie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz