wtorek, 17 stycznia 2017

Wszystko zostanie w rodzinie


Muszę przyznać, że czekałam na ten spektakl jak na wielkie święto, albo niezwykłe wydarzenie, które być może znacząco wpłynie na moje życie. Nie przesadzam ani trochę. Podkreśliłam tytuł w kalendarzu na czerwono, zupełnie niepotrzebnie, bo termin i godzina wryły mi się w pamięć już dawno. "Matki i synowie" to pierwsza sztuka, w której miałam ujrzeć na własne oczy Krystynę Jandę, moją niedoścignioną mentorkę. I choć doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że moja rola podczas tego wieczoru będzie się ograniczała do zajęcia miejsca na widowni i kontemplowania wydarzeń na scenie, to denerwowałam się tak, jakby czekała mnie audiencja u samej królowej....

Większość z Was kojarzy Krystynę Jandę, jako wspaniałą aktorkę. Ja poznałam ją najpierw jako fantastyczną pisarkę o urzekającej wrażliwości. Pierwszą książkę Jandy, "Moja droga B", przeczytałam jednym tchem i do dziś jest to jedna z moich ulubionych, a za razem najważniejszych pozycji na półce z literaturą (recenzję tej książki możecie przeczytać tutaj). Od Krystyny Jandy uczyłam się lekkości wyrazu, niewymuszonego humoru, dystansu do siebie, wrażliwości na świat i umiejętności ubierania uczuć w słowa. "Moja droga B" stała się dla mnie drogowskazem, gdy budowałam i kształtowałam swój własny styl. Wiedziałam, że chcę, żeby właśnie w tym kierunku podążał mój blog. Dziś bez wątpienia mogę stwierdzić, że to jak piszę i o czym piszę, jest w dużej mierze jej zasługą.

Oczywiście, wkrótce potem odkryłam Krystynę Jandę - artystkę. Nigdy nie zapomnę emocji, jakie towarzyszyły mi, gdy oglądałam w Teatrze Telewizji "Trzy siostry" Czechowa, w reżyserii Aleksandra Bardiniego. Janda zagrała w tej sztuce u boku tak wybitnych aktorów, jak m.in, Jerzy Kamas, Zbigniew Zapasiewicz, czy Marek Walczewski. Uderzyła mnie powaga i dystynkcja, z jaką młodziutka Krystyna Janda podeszła wtedy do roli Maszy. Na tle doświadczonych artystów zupełnie nie było widać, że aktorka stawiała wtedy dopiero pierwsze kroki na scenie...

Już kiedyś napisałam, że "Janda to wrażliwa pisarka, świetny reżyser, wszechstronna artystka. Szczęście trzeba sobie wypracować – aktorka wierzy w te słowa i konsekwentnie się ich trzyma. Jest autorytetem nie tylko dla ludzi związanych ze światem teatru. Coraz więcej osób znajduje wciąż nowe powody by darzyć ją sympatią i podziwiać (...)"

Mnie Janda ujęła nie tylko ogromnym talentem scenicznym. Zachwyciła mnie jej ogromna empatia, którą widać w każdym z jej felietonów, w każdym z fecebookowych postów, w każdym jej geście. Aktorka od lat bacznie przygląda się wydarzeniom na scenie politycznej i komentuje je z właściwym jej dystansem, ironią, ale także troską. Bo Jandę wyróżnia ta wspaniała cecha, że będąc światowej sławy gwiazdą, pozostała człowiekiem. Mimo wielu przeciwności losu, wciąż znajduje w sobie siłę, by podejmować nowe wyzwania. Kto chciałby ujrzeć tę wielką diwę na scenie, albo doświadczyć jej geniuszu reżyserskiego, ten powinien jak najszybciej odwiedzić Teatr Polonia, albo Och-Teatr - dwie wyjątkowe instytucje kulturalne, które Janda sama założyła. Należę do grona dozgonnych wielbicieli Krystyny Jandy i mój zachwyt wzbudza wszystko, czego ta artystka się dotknie. Spektakl "Matki i synowie" tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że Janda jest w stanie wcielić się w każdą rolę i zawsze robi to fenomenalnie. 


#1 Cierpienie matki


Sztuka Terrence'a McNally'ego jest dramatem wielowymiarowym. Na scenie widzimy trójkę bohaterów, każdy z nich zmaga się z własną tragedią... Katharine Gerard odwiedza Michaela, partnera swojego zmarłego syna. Pod pretekstem wręczenia mężczyźnie pamiętnika Andre, pani Gerard odbywa bolesną podróż w przeszłość, mierzy się z prawdą, której unikała przez tak długi czas i poznaje rzeczywistość, do której nie chce i nie potrafi się dostosować... Katharine straciła dziecko - i to na długo przed tym, zanim Andre faktycznie zmarł. Nasza bohaterka czuje, że poniosła sromotną klęskę - chciała wychować syna najlepiej, jak potrafiła, a on uciekł z domu, wplątał się w podejrzane, gejowskie towarzystwo, wreszcie zachorował na AIDS i odszedł w nieludzkich cierpieniach, z dala od rodzinnego domu. Od tych tragicznych wydarzeń minęło sporo czasu, ale dla Katharine ból po stracie syna wciąż jest świeży, a rana w sercu otwarta. 

Kobieta pragnie zemsty. Nienawidzi Michaela, bo czuje że zabrał jej najlepsze lata z życia syna. Nie chce słyszeć o środowisku artystycznym, w którym obracał się Andre. Katharine cierpi, bo została na świecie sama - niedługo po śmierci Andre umarł także jej mąż. Człowiek pogrążony w takiej rozpaczy i pustce życzy sobie, żeby cały świat płakał razem z nim... Dlatego ogarnia ją wzburzenie, gdy widzi, że Michael, który przecież deklarował żarliwą miłość do jej syna, teraz wije sobie ciepłe, rodzinne gniazdko w luksusowym apartamencie w Nowym Jorku, z młodszym od siebie mężczyzną, którego nazywa swoim mężem i na dodatek - o zgrozo! - mają dziecko...

Katharine to typowa przedstawicielka małomiasteczkowego myślenia, gdzie czarne jest czarne, białe jest białe, a małżeństwa mogą zawierać tylko osoby odmiennych płci. Pani Gerard nigdy nie akceptowała stylu życia Andre i jego przyjaciół. Przez 15 lat nic się na tym polu nie zmieniło. Widząc Michaela z mężem - Willem, kobieta czuje oburzenie i niedorzeczność całej tej sytuacji. Kto jest w tym związku mężem, a kto żoną? Co powiedzą temu chłopcu, gdy kiedyś zapyta, dlaczego wychowuje go dwóch tatusiów? I czy to nie jest nieprzyzwoite, że podczas kąpieli dotykają go "tam"? Co z niego wyrośnie?! Katharine Gerard nie pasuje do scenerii, w której się znalazła. Nie rozumie tego wszystkiego, co ją otacza i nie chce zrozumieć. Wierzy, że Andre zmienił wyjazd do  Nowego Jorku - wcześniej był normalnym, dobrym chłopcem...

Katharine targają sprzeczne emocje. Z jedne strony nie może odżałować śmierci syna i męczą ją wyrzuty sumienia, że nie było jej przy Andre, kiedy trawiła go choroba, z drugiej strony nie przyjmuje do wiadomości, że istnieje inny świat, poza tym światem, który zna, akceptuje i uznaje za normalny. Pani Gerard nienawidzi ludzi, którzy w jej odczuciu zabrali i zabili jej syna, a za razem pragnie zbliżyć się do nich, ogrzać w ich cieple i odszukać wśród nich śladów po swoim dziecku... 


#2 Samotność syna



Czy Katharine Gerard była złą matką? Po tym, jak skreśliła Andre, kiedy syn wyznał jej, że jest gejem, moglibyśmy śmiało wydać na nią wyrok: potwór, bezduszna kobieta, dla której bardziej niż szczęście dziecka liczy się opinia otoczenia. Z drugiej jednak strony, łatwo osądzać, kiedy nie jest się w sytuacji naszej bohaterki... Pani Gerard przeszła w życiu ciężką próbę i musiała odrobić trudną lekcję. Tą lekcją jest sztuka tolerancji, którą Katharine zaczęła chyba pojmować po tym, jak odwiedziła dom Michaela - on, Will i ich mały synek, Nick to zupełnie inna definicja rodziny, ale inna nie znaczy mniej szczęśliwa. Związek Michaela z Andre, a potem Michaela z Willem nijak nie pasowały do stereotypu, jaki uparcie tkwił w głowie pani Gerard. Czy jednak rodzice nie powinni choć starać się zrozumieć, poznać, zaakceptować drogę, jaką zdecydowały się iść ich dzieci? 

Dla matki Andre, łatwiej niż zrozumieć, było wyrzucić syna z pamięci. Dlatego śmiem twierdzić, że Katharine jest w tej sztuce postacią najbardziej tragiczną... Tej kobiecie oprócz przejmującej pustki po stracie dziecka zostały jeszcze wyrzuty sumienia - przecież w ogóle go nie znała, nie było jej przy najpiękniejszych i najgorszych momentach jego życia. Nie towarzyszyła mu w cierpieniu, nie miała odwagi stanąć twarzą w twarz z chorobą, która go zabiła... 

Andre poznajemy ze wspomnień Michaela i Katharine. Był wrażliwym artystą, utalentowanym aktorem, Hamletem swoich czasów. Miał kochającego partnera, oddanych przyjaciół, ale oni przecież nie zastąpili mu rodziców. Może oboje byli zbyt dumni? Katharine - żeby przyznać, że nie rozumiała wyborów syna, Andre - bo do końca udawał, że obojętność matki go nie rusza. Tyle lat zmarnowanych na granie kiepskiej farsy pod tytułem "Nie potrzebujemy siebie nawzajem". Przykre, kiedy po latach rodzic zdaje sobie sprawę, że ten czas już nie wróci, a to dziecko nigdy już nie dowie się, że było jednak kochane - miłością trudną i pełną sprzeczności, ale jednak była to miłość. 


#3 Wszystko zostanie w rodzinie

Krystyna Janda w roli Katharine Gerard gra fenomenalnie. Jej chłodna rezerwa, dystans, ból, jaki możemy dostrzec na twarzy, a także zdławiony płaczem głos, rzucają widzów na kolana. Trudno wyobrazić sobie bardziej autentyczną kreację tej postaci. Janda wciela się w swoją bohaterkę niezwykle przekonująco. Na scenie wyraźnie widać, że aktorka wydobywa z siebie wszystkie emocje, jakie w sztuce targają graną przez nią postacią. Niewielu artystów jest w stanie tak głęboko poruszyć publiczność - Janda z całą stanowczością należy do tego nielicznego grona. Jej zachowanie na scenie trudno momentami odróżnić od rzeczywistości. Gra tak, jakby cierpiała naprawdę...

Jestem również oczarowana Pawłem Ciołkoszem. Przypadła mu niezwykle trudna rola Michaela Portera, człowieka rozdartego pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością, pomiędzy bólem z dawnych lat, a szczęściem, jakie daje mu rodzina. Dotąd widziałam tego aktora jedynie na ekranie telewizora, w serialu, w którym nie miał możliwości zaprezentować swojej charyzmy i talentu scenicznego. W roli Michaela podbił moje serce. 

Nie ukrywam, że wybrałam się na tę sztukę również ze względu na sympatię, jaką darzę Antoniego Pawlickiego. Aktor w roli Willa wypadł trochę bezbarwnie, ale z drugiej strony, postać, w jaką się wcielił nie umożliwiła mu zaprezentowania widzom ekspresji, jaką możemy pamiętać z jego innych kreacji aktorskich. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że Pawlicki pozostawił po sobie pewien niedosyt... Cóż, nie zostaje mi nic innego, jak wybrać się do Teatru Polonia na sztukę, w której mój ulubiony aktor zagra pierwsze skrzypce. 




"Matki i synowie" to wspaniała sztuka, która w dosadny sposób pokazuje, do czego może doprowadzić skrajny upór i brak tolerancji. Dramat Terrence'a McNally'ego opowiada też o przepaści pokoleniowej, jaka podzieliła matkę i syna... Śledząc fabułę sztuki, momentami nie kryłam przerażenia. Wychowałam się w ciepłym, pełnym miłości domu, w którym oczywisty fundament stanowiły akceptacja i zrozumienie. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie piekła, przez jakie muszą przechodzić rodziny, w których nie ma dialogu i życzliwości. Niech ten spektakl będzie przestrogą, co może się stać, gdy przestaniemy ze sobą rozmawiać... 


zdjęcia, materiały - Teatr Polonia/ Fundacja Krystyny Jandy na Rzecz Kultury

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz